wtorek, 26 maja 2015

Dzień Mamy :)

I nadszedł w końcu ten dzień. Mój już po raz ósmy. Najwspanialszy dzień chociaż uważam, że my MAMUSIE mamy go codziennie.
Jak sobie przypomnę historię zarodka zwanego teraz Adamem to uśmiech sam ciśnie mi się na usta. Byłam młodą dziewczyną, niby dorosłą ale jednak nie do końca. Miałam niecałe 19 lat kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Chcianej ciąży! Ale był jeden problem... rodzice! Jak im to powiedzieć?! Swego czasu miałam problemy ze zdrowiem i właśnie wybierałam się na USG, żeby lekarz sprawdził czy mam kamienie w woreczku żółciowym
- Dzień dobry, proszę położyć się na kozetce i podnieść koszulkę
Tak też zrobiłam.
No i jeździ mi tam po tym brzuchu, jeździ i tak patrzy na mnie mówiąc:
- Owszem mamy tu kamienie ale jeden jest szczególny. Jest Pani w ciąży!
- Wiem Panie doktorze.
Wydrukował kartkę z tą informacją i życzył powodzenia.
Yhm! Fajnie mu się mówi... Wtedy to raczej potrzebowałam dobrej maści na ból dupska haha.
No ale w końcu trzeba było się przyznać. Poszłam razem z moim wtedy jeszcze nie mężem do rodziców.
Wyciągnęłam tą kartkę i mówię:
- Masz tu tato te wyniki.
Patrzy na mnie podejrzliwie i mówi nie otwierając kartki:
- Co kurwa? Dodatkowe kamienie doktor znalazł?!
Ups!
No i tak się dowiedzieli.
Z Julką też się bałam powiedzieć. Sama nie wiem czemu! Pewnie dlatego, że moi rodzice nie przepadają od samego początku za moim mężem.
Siedziałam u mamy, a mama jak to moja mama robiła porządki. Znalazła matę edukacyjną po Adasiu i mówi:
- To ja to wyrzucam. Już się nie przyda.
- Nie mamo. Zostaw. Przyda się.
- A na cholerę Ci to?! Mało masz pierdół dla Adasia?
- Ale to nie dla Adasia...
Nagle się odwraca, patrzy z pod byka i... Reszty nie pamiętam bo byłam taka zestresowana haha. Ale chyba pogratulowała i przytuliła.
Tak czy siak teraz to oczka w głowie dziadków i jednych i drugich.
Ja zaś mimo mnóstwa nie przespanych nocy, mimo wiecznego marudzenia, mimo rozrabiania, nie słuchania się jestem najszczęśliwszą MAMĄ na świecie! Dziękuję Bogu, że mam te moje bąki! No i w sumie lulokowi męża też :D
I chcę podziękować też mojej mamie za to, że wytrzymywała moje fochy, za to że była cierpliwa jak się jej nie chciałam słuchać i robiłam wiecznie na przekór, za to że w razie potrzeby zawsze służy pomocą, za to kim teraz jestem, za to że wiem jak być dobrą mamą, za to że mnie kocha z całego serca i za to że po prostu, najzwyczajniej w świecie JEST! I OBYŚ BYŁA MAMUSIU ZE MNĄ JESZCZE DŁUGIE LATA <3 KOCHAM CIĘ MAMO!

Kocham Najmocniej Na Świecie!

poniedziałek, 25 maja 2015

Kampania kapsułek do prania Perlux

Cześć dziewczyny i chłopaki!
Dzięki Streetcom dostałam się do kampanii kapsułek do prania Perlux. Chciałam Wam co nie co naświetlić o nich oraz opisać jak u mnie się sprawdziły. 
Zawsze chciałam kupić sobie kapsułki do prania ale zazwyczaj jednak stawało na proszku do prania + płyn do płukania. Teraz jak przeliczam to rzeczywiście bardziej opłacają się kapsułki. Mogę polecić je z całego serca bo już po pierwszym praniu byłam bardzo zaskoczona. 

Zawartość Paczki Ambasadorki

Moja córcia ubrała sobie kiedyś nową bluzkę i poszła do pokoju się bawić. Po jakimś czasie przychodzi i zakrywa kawałek tej że koszulki.
Ja: Co zrobiłaś?
Córa: Niiiiiiiic
Ja: No przecież widzę! Pokaż...
Córa: (odsłoniła koszulkę) No bo ja się chciałam pomalować i być piękna :(
Ja: Ale przecież kochanie ty jesteś piękna!
Rozczuliła mnie no i nie mogłam się złościć!
Okazało się, że wysmarowała bluzkę szminką dla dzieci, która raczej nie jest skora do współpracy z różnego rodzaju proszkami itp. A że nie miałam akurat odplamiacza to zamoczyłam w gorącej wodzie z proszkiem. Następnego dnia przyszły kapsułki to nie omieszkałam wypróbować. Wrzuciłam (kapsułkę do prania białego) jak na instrukcji przykazano, wsadziłam pranie i sruuu... Czekam 2h. Wyciągam pranie sięgając najpierw po nową białą bluzkę młodej i mówię "o kurna! Dobre to cholera!" Plama prawie całkiem zniknęła. Po praniu wzięłam się za lekturę "ulotkową", okazało się, że te genialne kapsułki mają też dodatek odplamiacza w sobie!

Kapsułki do prania kolorowego
Kapsułki do prania białego




O ile prostsze wydaję się teraz pranie tych wszystkich brudów, zaschniętych skarpetek męża/syna, brudnych majtasów znalezionych po miesiącu pod łóżkiem twojego dziecka itd. które zbierają się tak szybko jak komary czujące przekąskę w pobliżu! 














Używałam też kapsułek do prania kolorowego. Wyciągając pranie z pralki i wieszając je sprawiło mi to ogromną przyjemność. Mieszkanie od razu zapachniało świeżością. Ubrania jak by dostały kolorów, były przyjemnie miękkie, bosko pachniały! Naprawdę polecam każdemu kto uwielbia prać i każdemu kto tego nie znosi. Pokochacie to na pewno :)
Na koniec jeszcze parę zdjęć z informacjami:





Nie będę Was zanudzała ulotkowymi informacjami typu "co, jak, dlaczego?" bo uważam, że dopóki nie wypróbuje się czegoś samemu to pisać można dużo i różne rzeczy. Tak więc kochane/kochani przyjemnego, czystego, pachnącego prania życzę! :)

poniedziałek, 4 maja 2015

Moda na modę... moda na marudzenie?

Mam ostatnio wrażenie, że jestem jakimś prehistorycznym stworem, który nawet nie zna znaczenia słowa "moda'. No i w sumie racja bo nie dość, że nie mieszczę się w te "modowe fatałaszki" to nawet nie odróżniam projektantów. Nie kręci mnie to w ogóle. Wystarczy, że wiem co to "cecek", "dajczman" i "noł boso" haha. Wiem co to tesco, kik, pepco, c&a i h&m. Jak na mnie to i tak spora wiedza na temat sklepów. Może powinnam się urodzić facetem? Bo kurde wole wypić piwo, pośmiać się z pierdół niż martwić się jaką dzisiaj włożę sukienkę. 
Czasami zazdroszczę tego "nie mam się w co ubrać" a w szafie milion pięćset sto dziewięćset ciuchów. Ja mam dwie pary jeansów, z czego jedne mi się niedawno podarły! Schyliłam się a tu nagle takie "prrrrrrrrrrt". Brzmiało to jak bym puściła tygodniowego bąka! 
Wracając do zawartości mojej szafy... tak więc została już jedna para jeansów, dwie bluzki, dwa swetry i w sumie chyba nic więcej. Tzn. coś tam jeszcze jest ale to stare szmaty, których mi się nie chce wyrzucić. 
Coś ze mną nie tak?
W sumie srał to pies... Lubię być taka jaka jestem. Chociaż czasami sama siebie potrafię nieźle wdenerwić (jak to mawiają moje dzieci). Marudzę, marudzę i marudzę zamiast spiąć poślady i coś zrobić. Jestem prehistorycznym leniem, który sam nie wie o co mu w życiu chodzi. 
Np. założyłam bym swoją firmę ale... boję się, nie chce mi się, nie wiem czy pomysł by się sprawdził. Takie kurde nie wiadomo co. 
Poszła bym na siłownię ale... za gruby mam zad=wstyd się pokazać, nie ma z kim iść=samej się nie chce, jak już się ktoś znajdzie to nagle nie ma z kim dzieci zostawić (jak na złość!). 
Wy też tak marudzicie? Czy ja jestem jakaś nienormalna? 
Tym marudzeniem sama siebie wkurzam.
Do tego jak zacznie jeszcze marudzić człowiek zwany mężem to już w ogóle tragedia. A ten to potrafi marudzić jak nikt! Oj potrafi! Ma to po mamusi! Jeszcze jak słyszę "czuję, że będę chory" to ciśnienie nagle mi skacze do 300/300! Palpitacje serca gotowe! Tym (tzn. mężowi i teściowej) to zawsze duszno, serce ich kuje, w kościach ich kręci i wystarczy, że kichną a to już ZAPALENIE PŁUC! 
Boże daj siłę!
Idę poczytać książkę to skończę w końcu ten nudny, marudzący post! Chwała wam za cierpliwość jeżeli doczytaliście do tego momentu! 
Dobrej nocy!