środa, 10 czerwca 2015

"Aaa pitejcie mi na plac!"

Tak. Tzn. "aaa idźcie na dwór!".
Dzisiaj tak mnie naszło, żeby napisać o samodzielnym wychodzeniu dzieci na dwór. Będąc matką 8 latka i 6 latka jest to dla mnie dość świeży temat. Niestety czas się pogodzić z tym, że dzieci mi (no i wam!) rosną i w końcu wyruszają "w świat". Nie mam najmniejszego zamiaru towarzyszyć już im w tych podróżach bo jak to mój syn ostatnio stwierdził "Mamo! Gdzie leziesz? Sam ide! Chcesz mi obciachu narobić?!". I co ja mam do gadki?!


Nie są to podróże na koniec świata a na plac zabaw po drugiej stronie bloku, co nie znaczy, że z początku nie siedziałam w oknie z telefonem w ręku. Najpierw syn sam wychodził bo bałam się jeszcze o młodą. Zanim wyszedł to usłyszał pół godzinną litanię co wolno a co nie (ja pierdziele! Jak tak pomyśle ile się nagadałam to głowa boli!), otrzymał telefon do ręki i milion całusów :D Gdy tylko zatrzasnęły się drzwi biegłam jak poparzona do okna i wypatrywałam kiedy z klatki wyjdzie i gdzie skręci! Co 10 min telefon... I tak prawie codziennie przez ok. rok.
Po roku zaczęłam puszczać młodą razem z bratem. Chyba w sumie z lenistwa w 60%. Myślałam sobie... Duża już jest, telefon przy dupie będą mieli, trzymają się tego co mówię więc mogę im zaufać a sama mieć chwilę dla siebie (czyt. relaksacyjne mycie okien, wycieranie podłóg itd.). Na co ja im tam potrzebna?
No i tak się zaczęło. Właśnie jest godzina 20:10, słońce świeci, ciepło jest a dzieciaki jeszcze same na dworze wariują z kolegami i koleżankami na placu zabaw. Bardzo się cieszę jak widzę ich skaczących po drzewach, trzepakach, stołach pingpongowych (pewnie później owy stół będzie im służył do picia piwa ale o to się będę martwić za ok. 10 lat :D). Trudno w tych czasach o takie widoki. Najczęściej widuję dzieciaki przy telefonach, komputerach, konsolach i innych dziadostwach. Nie powiem, moje dzieci też wynalazki XXI w. posiadają aczkolwiek dużo bardziej lubią wyjść na dwór i wcielić w życie to co im opowiadam. A opowiadam o tym jak to było kiedyś... o sklepikach na murkach, pieniądzach w postaci liści, bazach w krzakach, podchodach, zabawach na trzepakach itp.
Najbardziej mnie wnerwia jak widzę dzieciaki migoczące tymi swoimi gałkami ocznymi jak aparat! A rodzice nic z tym nie robią, najlepiej problemu nie zauważyć. Na dwór nie wypuścić bo przecież może się mu/jej coś stać, może ktoś go wyzwać, jak sobie poradzi przecież to biedne dziecko bez rodzica! Szlak mnie trafia!
A ja się pytam... KIEDY TO DZIECKO MA SIĘ NAUCZYĆ SAMODZIELNOŚCI, ODPOWIEDZIALNOŚCI I RADZENIA W TRUDNYCH SYTUACJACH? Kiedyś przecież rodziców zabraknie ale o tym się nie myśli bo jak na razie są piękni i młodzi...
No nic... cieszę się chociaż, że ja ( i mam nadzieję wielu z Was) zachowałam zdrowy rozsądek i pozwalam dzieciom ŻYĆ. Żyć tak jak mają to przypisane od urodzenia. Niech się cieszą dzieciństwem i beztroską. Jeszcze się nasiedzą przed tymi wszystkimi złowieszczymi maszynami.
Chyba czas już po śmierdziuchów dzwonić. Jutro szkoła i zerówka. Będą wakacje będzie szaleństwo cały boży dzień :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz